Czy puszczać dziecko samo na zewnątrz? Ile swobody daję mojemu dziecku?

Pamiętacie swoje dzieciństwo? Chyba większość z nas wspomina je z nutką pozytywnej nostalgii. Urodzona w 1991, pierwsze wspomnienia mam już z połowy lat 90. Mieszkaliśmy na przedmieściach, chociaż technicznie dopiero teraz te okolice zasługują na tę nazwę. Wtedy bliżej było im do wsi, chociaż nasza ulica znajdowała się na terenie miasta. Na drodze szlaka, pełno uprawnych pól i rolników prowadzących krowy lub jeżdżacych drewnianymi wozami. W tym ja, jeszcze jedynaczka, chociaż zaraz miało się to zmienić.

Rano szłam razem z babcią do sklepu po chleb, wieczorem odwiedzaliśmy sąsiadkę i odbieraliśmy świeżo udojone mleko. W ciągu dnia biegałam po podwórku lub chodziłam na hejtki – w gwarze są to plotki lub bajki, ale w moim wypadku oznaczało to po prostu bieganie z innymi dzieciakami na ich podwórkach. Moje dzieciństwo wspominam jako okres pełen swobody, zabaw na świeżym powietrzu i wracaniu do domu umorusanym i z obdartymi kolanami.

Gdy zostałam mamą

Wraz z pojawieniem się Mai zaczęłam trochę inaczej patrzeć na pewne sprawy. Oczywiście, pierwsze lata i tak spędzała pod naszą opieką, ale ze zdziwieniem obserwowałam puszczone swobodnie czterolatki czy pięciolatki. W moim odczuciu było to zdecydowanie za wcześnie – zwłaszcza w przypadku otwartego osiedla. Nigdy nie wiadomo, kto się tam będzie kręcił, a poza tym ulica niedaleko.

Zaczęłam się jednak zastanawiać nad tym, jaki moment jest odpowiedni by dać dziecku trochę swobody. I jak ogarnąć temat mając świadomość, że czasy są niebezpieczne: jest więcej samochodów, to raz, a do tego dochodzą kwestie bezpieczeństwa. W moim przypadku ważnym aspektem były też moje poglądy – moje dziecko ma nawiązywać więzi z dziećmi ludzi ze świata? Przecież one nie chodzą na zebrania…

Tłumaczyłam więc sobie, że tak musi być. Może gdybym miała własny dom z ogrodzonym ogródkiem, to by było inaczej, ale mieszkając w kamienicy czy w bloku, trzeba się jakoś pogodzić z rzeczywistością. Czułam jednak, że coś jest w dzieciństwie Mai nie tak. Moi znajomi raczej nie mieli dzieci, nie znałam też nikogo z naszego osiedla, a zresztą nawet wtedy pewnie bym nie dążyła do zbyt zażyłych relacji. Raz na parę tygodni udawało się zorganizować jakieś spotkanie z rówieśniczkami Mai, ale było to stanowczo za rzadko. Krótko mówiąc: dziecko było dość samotne.

Co się zmieniło?

Pierwszym czynnikiem była zmiana w moim sposobie myślenia. Chociaż oficjalnie wciąż byłam Świadkiem, to gdy Maja poszła we wrześniu do zerówki powiedziałam jej, że może robić to, co inne dzieci. Przyniosła też na swoje urodziny cukierki dla innych. To sprawiło, że poczuła się częścią grupy.

Jakiś czas temu zmieniliśmy mieszkanie i okolicę zamieszkania. Jednak dopiero od kilku tygodni pozwolamy Mai wychodzić na podwórko w naszej kamienicy. Co wpłynęło na naszą decyzję:

  • wiek Mai – czytałam interpretację ustaw i generalnie trudno stwierdzić, kiedy dziecko jest gotowe do wychodzenia bez rodziców. Maja jesienią kończy 7 lat i rozpocznie naukę w szkole. Jakoś tak intuicyjnie czułam, że jest gotowa.
  • chęć Mai – to jest ważna rzecz. Ona chce wychodzić do dzieci. Gdyby jej tak nie ciągnęło na zewnątrz, to na pewno na siłę bym jej teraz nie wypychała.
  • wygląd podwórka – Maja może wychodzić tylko na podwórko otoczone przez naszą oraz inne kamienice; nie jest to może osiedle strzeżone, ale nie jest to też teren otwarty. Wyglądam przez okno i ją widzę.
  • społeczność – gdy otworzyłam się na innych ludzi, życie stało się prostsze. Nie znam imion każdego mieszkańca naszej kamienicy, ale mogę powiedzieć, że istnieją jakieś relacje sąsiedzkie. Zwłaszcza wśród rodziców dzieci w podobnym wieku. Można się wymienić numerem telefonu z rodzicami dzieci, z którymi bawi się Maja i człowiek czuje się trochę pewniej. Maja ma zamiar urządzić u nas wieczór filmowy – w planach jest bajka z Netflixa oraz popcorn. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo przypomina to normalne ludzkie reakcje, a nie ciągłą izolację od innych.

Co ważne dla nas chciałam, żeby te wszystkie cechy były spełnione. A i tak przez pierwsze dni bałam się bardzo o córkę i ciąglę wystawiałam w oknie. Oczywiście, co jakiś czas przeprowadzamy z nią rozmowę o tym, jak powinna zareagować, gdyby ktoś chciał jej pokazać szczeniaczka, zaprosić na ciasto itp.

Temat jest trudny i chociaż najchętniej bym trzymała moje córki w zamknięciu, to muszę sobie tłumaczyć, że prędzej czy później i tak wyfruną spod mojej opieki. Moim zadaniem jest pozwalanie im na loty próbne, dostosowane do ich wieku i umiejętności, tak by w przyszłości mogły bez problemu szybować.

A jak jest u was?

Leosia to jeszcze długo będzie córcia mamusi 🙂
I na pewno nie będzie u nas wychodzenia młodszej pod opieką starszej. Lea też będzie musiała do pewnych rzeczy dorosnąć, a Maja będzie miała już swoje sprawy na głowie.

 

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest