O takim dzieciństwie marzę dla swoich dzieci.

Dzieciństwo. Jakie było twoje? Jak je wspominasz? Pamiętam, że mając te kilka lat bardzo przeżyłam pewne drobnostki, a teraz po latach one uleciały z pamięci, zostały dobre wspomnienia. Bardzo lubiłam czytać „Dzieci z Bullerbyn”, powieści L. M. Montgormery, wprost uwielbiam Tomka Szklarskiego i nie mogłam się oderwać od lektury „Ten Obcy”. Marzyłam o dzieciństwie pełnym przygód  – pamiętam jak płakałam mamie, że nie mamy stogu siana, w którym mogłabym spać. A teraz cofam się w czasie, o te prawie już trzydzieści lat i widzę, że jednak miałam swoje przygody.

Ten dzień na przełomie zimy i wiosny, gdy poszłam na spacer na pole za domem i wciągnęło mnie błoto, a do domu wróciłam boso, bo po kozaczki musiał wracać tata. Albo ten dzień, gdy z moją kuzynką znalazłyśmy krowę w zagajniku i postanowiłyśmy ją wydoić – nawet nieźle nam poszło, tylko potem babcia na nas krzyczała, że to krowa pani B. Albo te wszystkie zimy, w czasie których ślizgaliśmy się „na butach” na drodze przed domem, robiono dla nas kuligi samochodowe (lata 90 to można było) lub braliśmy worki z sianem i zjeżdżaliśmy na nich na górkach w lesie…A potem taki przemarznięty człowiek wracał do domu, a tam czekał krupniczek i placuszki z jabłkami. O jakie to było dobre!

Może nie spałam w stogu siana, ale i tak było fajnie. Latem pojechaliśmy do Pojezierze Drawskie, do przyjaciół moich rodziców. Tam z ich dzieciakami biegaliśmy po starych PGRach i skakaliśmy z jednego boksu z sianem do drugiego. Albo siedzieliśmy na drzewie i jedliśmy czereśnie prosto z gałęzi. To znów wspinaliśmy się na inne: mama zawołała nas na obiad, chciałam szybko zeskoczyć i zaplątałam się w sznurek, w skutek czego zawisłam nogami do góry – ślad na nodze mam do dzisiaj.

Pamiętam też bieganie wieczorami po wiosce z dzieciakami sąsiadów i pomaganie im w sprowadzaniu krów. Albo huśtanie się na zwykłym patyku, zawieszonym na sznurze przy drzewie. Wszystkie gry w zbijaka, w chowanego…

Minęło dwadzieścia lat, czasy się zmieniły a ja zostałam mamą. Chciałabym, bardzo bym chciała móc puścić dzieci luzem – gdy ja byłam w wieku Mai biegałam codziennie z kolegami z ulicy i nikt nas za bardzo nie pilnował. Możecie mnie uznać za rodzica-helikoptera, trudno. Nie mieszkam na wsi, nie mam domku z ogródkiem, a samochodów jest znacznie więcej niż to było w takim ’95. Można narzekać, że kiedyś było lepiej, że teraz to tylko technologia i ekranowe dzieci. Albo można też coś z tym robić. Jak?

W tygodniu jest najtrudniej. Maja do 15 jest w przedszkolu – na razie nie ma zajęć dodatkowych. W zerówce ma zapewnione tyle atrakcji (zajęcia taneczne i ruchowe, koncerty, teatrzyki, wycieczki i bardzo dużo rysowania), że na razie nie chcemy jej nigdzie posyłać. Jeśli pojawi się u niej chęć chodzenia na jakieś zajęcia, to będziemy nad tym myśleć. Póki co popołudnia to nasz czas. Kiedy tylko mogę jeżdżę do mojej babci na przedmieścia. Tam dziewczyny mają trochę swobody. Mogą pobiegać po podwórku, Maja ma tam swój rowerek. Możemy też iść na spacer do pobliskiego lasu albo po prostu posiedzieć z babcią-prababcią. Staram się też korzystać z tego, co daje mi miasto. Głupie wyjście po zakupy do dyskontu może stać się przygodą, jeśli tylko przejdziemy koło parku z fontanną i dam dzieciakom te 10 minut na zabawę. Przecież nie sprzątną mi chleba sprzed nosa!

Weekendy są prostsze: jeździmy do moich rodziców na wieś. Jest pies, jest podwórko, a jak się uda to sąsiad nawet prosiaczka pokaże. Sobota i niedziela to też czas na niespieszenie się. Czasem po prostu siedzimy w domu i oglądamy bajki wszyscy razem – jako dziecko uwielbiałam ten moment, gdy po niedzielnym rosole przytulałam się do rodziców i oglądaliśmy coś razem w telewizji. Mam nadzieję, że nasze dziewczyny też polubią te chwile: gdy przytulamy się razem na łóżku i oglądamy bajkę „Sing”, i co z tego, że już trzeci raz? Weekendy to też nasz czas na wyjście. Czasem jest to po prostu spacer, czasem sauna i basen. To znów idziemy na kawę i ciastko do restauracji – Maja jest ogromną fanką takich wyjść.

Dobrze wiecie, że lubimy podróżować. Dlatego od czasu do czasu staramy się wybrać gdzieś na weekend, albo na dłużej 🙂 Zawsze po tych naszych eskapadach mam wrażenie, że moje dziewczyny osiągnęły nowy poziom w grze jaką jest życie. I nie ma znaczenia, czy jest to szybka wycieczka na farmę dyń, czy tydzień na Mazurach. Do tej pory jeździliśmy głównie do hoteli, ale tym razem jesień postanowiliśmy powitać na Mazurach w domku: Osada Ulnowo. I po tych kilku dniach na spokojnej mazurskiej wsi zgodnie stwierdzamy: jeśli masz dzieci, to taka opcja wyjazdu wymiata!

Dziewczyny rano wstawały, jadły śniadanie i uciekały na dwór szaleć. Technicznie to Maja uciekała, bo Leosia jednak potrzebowała mojej opieki. Piękny, duży i zielony teren, ale co najważniejsze z punktu widzenia rodzica: ogrodzony! Mogłam więc w spokoju wypić kawę z mężem, ciocią i wujkiem (o ile ci ostatni nie uciekli z samego rana na grzyby do lasu), a Maja przeszczęśliwa biegała z pieskami po trawie. Albo skakała na trampolinie. Albo zjeżdżała ze zjeżdżalni lub huśtała się na huśtawce. Ale prawdziwym hitem był domek na drzewie. Nawet ja się tam wdrapałam by odkryć, że w środku czekają stół i krzesełka i można urządzić sobie herbatkowe przyjecie.

W domku na drzewie

Można też było urządzić wyścig z siostrą na korcie tenisowym (starsza na hulajnodze, młodszej pomaga mama), i można było się pozłościć, że wcale nie tak prosto się gra w tenisa. I na poprawę humoru wybrudzić się z siostrą w piaskownicy. Albo iść z tatą na grzyby do lasu. I nie trzeba z tego urządzać całej wyprawy jak to było w domu. Po prostu wystarczy założyć kalosze, złapać koszyk i oderwać tatę na chwilę od pracy, bo las to jest tuż obok. A w tym lesie to nawet jezioro i łódka, jeśli ktoś lubi popływać. Można też było mieć mamę tylko dla siebie, bo Leosia zasypiała w plenerze i urządzała sobie drzemki jak nigdy: po trzy godziny nawet! A wieczorem były bajki i ciepło kominka oraz gorąca czekolada z piankami!

A to zdjęcia zrobiła Maja!

Na tym wyjeździe jeszcze raz powtórzyłam ważną lekcję: dzieci pozostaną dziećmi, a zmieniające się czasy i nowe technologie nie będą miały znaczenie, o ile my do tego nie dopuścimy. Chcemy zapewnić dzieciaków wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa – może zamiast kolejnej zabawki, odpuśćmy na chwilę pracę i jedźmy na piknik na miasto? Spędźmy wspólnie gdzieś czas, chociaż weekend i faktycznie bądźmy dla tych dzieci. Zamiast narzekać, że tylko tablety im w głowie, zabierzmy je na powietrze i patrzmy jak zwykły kijek zamienia się w najlepszą zabawkę. To wciąż działa! Wiem, bo widziałam na własne oczy: trampolina, plac zabaw, to tylko dodatki.

Wszystkie zdjęcia powstały w cudnym domu na Mazurach, który gorąco wam polecamy na wyjazdy z dziećmi i nie tylko: www.ulnowo.com/

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest