Matka w domu z chorym dzieckiem. Nadajemy z wariatkowa.

Zaczyna się niewinnie gorączką. Wciąż masz nadzieję, że to nic poważnego. Przecież gorączka u rocznego dziecka to nic niezwykłego. Pewnie kolejne zęby wychodzą. Utwierdza cię w tym brak innych objawów. Zbijasz więc w nocy gorączkę i zostawiasz dziecko z babcią, gdy idziesz do pracy. Wiesz, że coś się dzieje, gdy młode zaczyna w nocy kaszleć a ty łapiesz tylko kilka drzemek, które przerywa mierzenie temperatury, odciąganie glutów i wystawienie co chwila jednego lub drugiego cycka.

Umawiasz się więc na wizytę u lekarza. Co z tego, że na konkretną godzinę skoro i tak znów są opóźnienia i zamiast o 11:15 wchodzisz po 12. Pani doktor bada, a tobie spada kamień z serca. Bo, owszem jest chora, ale wyliże się z tego. Żadne tam szpitale, nawet bez antybiotyku się obejdzie. Gdy więc oddala się bezpośrednie niebezpieczeństwo zagrażające twojemu dziecku, zdajesz sobie sprawę w jaką kupę właśnie wlazłaś.

Pierwsze co odczuwasz to pracę. Wpadasz zdyszana do domu, z dzieckiem na jednym ramieniu, w drugim zakupy na obiad i leki, a tu telefon dzwoni. A jutro te montery to na którą będą? W tym momencie po raz kolejny stwierdzasz, że trzeba sobie wziąć drugi telefon, który będzie służył tylko do spraw prywatnych, gdy ten stary zostawisz w biurze. Bo tak właściwie to średnio chce ci się każdemu tłumaczyć, że masz dziecko chore, że nie ma cię w pracy, że prosisz o dzwonienie na numer stacjonarny firmy.

Jednocześnie pojawią się wyrzuty. No, bo skoro jesteś w domu, to możesz dokończyć taką jedną stronę – przecież masz komputer i możesz pracować, tak? Nie bardzo. Po pierwsze, gdy małe czuje się w miarę dobrze, to okazuje się, że fascynuje je komputer – zresztą tak jak wszystko, czego dotykasz. I o ile całkiem fajnie jest, jak dziecko pomaga ci w zmywaniu i zagląda do zmywarki, albo razem z tobą zamiata, to próby wirutozowania na klawiaturze raczej pracy nie sprzyjają. A jak się młode czuje źle, to nawet zrobienie obiadu jest wyzwaniem, bo okazuje się, że tylko spanie na mamie je uspokaja. Więc drętwieją ci ręce, patrzysz na rosnącą stertę prania i myślisz, że nawet tego nie potrafisz ogarnąć.

Załóżmy jednak, że udało ci się pogodzić z myślą, że chorowanie dziecka (zwłaszcza tak małego), to wyjątkowy czas i udaje ci się zignorować wyrzuty związane z pracą czy z mieszkaniem. Zresztą, mąż przyjdzie po pracy z zakupami i odkurzy, przetrwacie. Trzeba przecież dziecku leki zaaplikować. Już z Mają mam przeboje, chociaż ona niby starsza. Tabletki w żadnym wypadku nie połknie. Jeśli zaś chodzi o syropy, to dużo zależy od ich smaku. Słodkie, muszę chować, bo by mi dziecko jeszcze truskawkowy paracetamol przedawkowało. Za to gorzkie, tu jest trudniej: było tłumaczenie, prośby, groźny, szantaż i negocjacje. Dobrze, że na razie tylko katar się przyplątał, bo mam nadzieję, że do następnej choroby nauczy się już połykać piguły. Z Leosią było łatwiej przez pewien czas. Miała etap, gdy jadła wszystko co jej podałam – nawet po gorzkim syropie została oblizana łyżeczka. Teraz dziecko mi dorasta i się wycwaniło. Łyżeczką nie podam, bo jest „ne” i wywalenie całej zawartości na podłogę. Odmierzam więc odpowiednią ilość do strzykawki i rozpoczyna się gonitwa po całym mieszkaniu – moja młodsza córka dla odmiany nawet słodkich syropów nie akceptuję. Pozostaje nam jeszcze oswojenie jej z inhalacjami więc jeden misio wciąga, drugi misio wciąga, siostra wciąga i mama też – żeby pokazać, że ten nebulizator to nic strasznego. Na szczęście nawet przy wierceniu się Leosi widać, że te śladowe ilości pomagają i udało się znowu obyć bez antybiotyku.

Ten wpis zaczęłam pisać cztery dni temu – natchnienie przyszło, gdy młoda leżała z gorączką na mnie przez cały dzień, a ja tylko zmieniałam cycki, którymi karmię (Leosię bolało gardło i nie chciała nic jeść). Dzisiaj jesteśmy już „ogarnięte”: choroba znika a młodej dopisuje humor. I oby tych chorób było jak najmniej, bo wystarczy kilka dni, po których spokojnie mogą mnie zapisać do wariatkowa.

  • Renata

    A jeszcze lepiej gdy pracujesz w państwowej firmie i nie możesz iść na zwolnienie bo koleżanki się obrażają bo oczywiście masz z kim zostawić dziecko.Masakra i katastrofa. Teraz mam lepiej bo pracuje też co prawda w firmie państwowej ale trafiłam na normalne osoby. Jak jestem chora to biorę zwolnienie nawet szef mnie zachęca do tego.Z kolei z lekami miałam tak ,że mój syn nie znosił żadnych słodkich syropów za to otwierał szeroko buzie i lykal każdą tabletkę. Pamiętam jeden syrop chyba Pulneo to twierdził że ma obrzydliwy smak bananów!!!!!

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest