Uwaga, matka wyszła w miasto z dzieckiem – nie ważcie się jej pomóc!

To był zimny, styczniowy dzień. Najchętniej nie wychodziłabym spod koca, za towarzystwo mając kawę i Netflix, ale wiecie jak jest: życie nie poczeka. A już na pewno nie poczeka na mnie paczka z zamówionymi książkami, które muszę odebrać w  kiosku. Nie chciało mi się, ale zebrałam się w sobie, wcisnęłam czapkę na uszy i wciągnęłam rękawiczki na ręce – prowadzenie wózka bez rękawiczek w styczniu wymaga ogromnej ilości odwagi – Leosię zapakowałam w kombinezon i wyszłam na zewnątrz.

Poszłam więc z Leosią po moje książki i przy okazji weszłam do urzędu po pewne dokumenty. Mijałam ten budynek już tyle razy w tym tygodniu, ale wiecie jak to jest z depresją: jak ci się uda ubrać i wyjść z domu, to już jest sukces. W urzędzie, jak to w urzędzie: schody. A ja z wózkiem! Tu od razu wam muszę napisać, że ja się schodów nie boję. Zresztą mój wózek w miarę je ogarnia, podobnie też radzi sobie z komunikacją miejską i innymi trudnościami jakie czekają na matkę z dzieckiem w mieście. Zresztą wychodząc z domu z Leosią z reguły przyjmuję postawę bojową pod tytułem „muszę sobie poradzić sama”. Bo wiecie, ludzie to są generalnie samolubni egoiści, nikt ci drzwi nie przytrzyma, w ciąży nikt ci nie miejsca nie ustąpi, ogólnie chamstwo, buractwo i zero uśmiechu. I pewnie wszyscy patrzą na ciebie jak na jakiegoś patologicznego dziecioroba, co to połasił się na 500 plus, bo przecież wyglądasz na te niepełne osiemnaście lat i nikt ci nie uwierzy, że jesteś prawie siedem lat po ślubie, a dzieci to se zrobiłaś świadomie. No, sama nie zrobiłaś. Mąż musiał pomóc, ale nie w tym sęk.

I tak sobie idę w kierunku tych schodów, a tu leci do mnie jakiś starszy pan i bez słowa łapie mi za ramę wózka, podnosi i pomaga wnieść. Ja tu się kryguję: „No nie trzeba, dam radę”, ale jak grochem o ścianę.

Wracam już do męża, a po drodze sklep. To, myślę sobie, wejdę na czekoladę, bo słodycze i gluten to ja zjadam jak nikt nie widzi. Co prawda kiepsko mi ta gra wychodzi, bo potem przyszłam do biura ze śladami polewy czekoladowej na brodzie…W każdym razie dochodzę do sklepowych drzwi a tu jakaś dziewczynka, na oko lat 10, otwiera mi szeroko drzwi przede mną. No, gdzie ta niewychowana młodzież rzucająca przekleństwami jak przecinkami! W sklepie rozpycham się moją furą, bo alejki wąskie, ale pozostali klienci jakoś nie narzekają, że matka-wózkara przyszła. Uśmiechają się. Jeden facet podniósł zrzucone przeze mnie z półki chrupki i mówi, że sam mam w domu bliźniaki w podobnym do Leona wieku i nie pamięta, kiedy się ostatnio wyspał.

Zapłaciłam, wyszłam. Nakruszyłam sobie pączkiem na kurtkę i pomyślałam, że strasznie mili dziś ludzie. Przecież ciągle, my blogerki, piszemy o tym, jak to nie chcą nam miejsca ustępować, gdy stoimy w autobusie w ciąży, że wszyscy się na nas krzywo patrzą i mają pretensje o to, że śmiałyśmy wyjść z dzieckiem z domu.

Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś mi dokuczył z wyżej wymienionych powodów. I do głowy przychodzi mi tylko jedna sytuacja w Auchanie. Dwie ciąże i kilka ładnych lat macierzyństwa, a bilans jest zdecydowanie dodatni. Może nie zawsze każdy się wyrywał do pomocy, ale najczęściej to ja jej odmawiałam, bo chciałam sobie poradzić sama. A przecież co to szkodzi, że ktoś mi pomoże podnieść wózek? Czy stracę na tym wartość jako kobieta, jako matka? Bo pomógł mi na przykład młody chłopak?

Nie chciałabym tu wysnuć tezy, że całe społeczeństwo jest pełne empatii i gotowe pomóc ciężarnym oraz matkom z dziećmi. Wydaje mi się jednak, że znacznie łatwiej widzimy te negatywne przypadki i lubimy je roztrząsać. Sama wiem po sobie jak było w Auchanie: byłam w zaawansowanej ciąży, zmęczona, a jeszcze miałam prawo do skorzystania z pierwszeństwa. Podniosło mi się ciśnienie nieźle i już powstał soczysty wpis. Jakoś łatwo, zbyt łatwo, zapomniałam o tych wszystkich bezimiennych ludziach, którzy mi przytrzymywali drzwi, ustępowali miejsca w kolejce, czy później pomagali z wózkiem.

Tak sobie myślę, że zrobiono nam straszne kuku w głowie: z jednej strony wmawiają nam, że musimy sobie radzić same; z drugiej, że i tak nikt nam nie pomoże. A może ci ludzie idący obok wcale nie są tacy źli?

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest