Samodzielna kobieta.

Stałam sobie w kuchni wpatrując się w puszkę z chlebowcem. Po raz pierwszy spróbowałam tego owocu we Wrocławiu, gdzie użyto go jako elementu pad thaia. Zachwycona złożyłam zamówienie w internetowym sklepie na różne egzotyczne i wegańskie przysmaki stając się w ten sposób posiadaczką jackfruita. Plan miałam ambitny: zrobić szarpanego chlebowca wzorowanego na pulled pork. Miało wyjść pysznie i razem z mężem mieliśmy mlaskać i cmokać, pławiąc się w swojej roślinnej chwale i myśląć „jacy głupi ci mięsożercy”.

Trzy razy przeczytałam przepis. Zanim zabrałam się do gotowania sprawdziłam, czy mam każdy składnik potrzebny do wykonania potrawy i wyciągnęłam go na blat. W końcu nadszedł czas na otworzenie puszki i, o kurde, nie było dzyndzelka! Oczywiście, miałam gdzieś w szafce otwieracz do puszek, ale po pierwsze nie potrafiłam z niego korzystać, po drugie i tak nie wiedziałam, gdzie jest – po co, skoro nie umiem się nim posługiwać. Mąż akurat był w pracy więc nie mogłam go poprosić o pomoc więc siłą rzeczy przypomniał mi się felieton, który ostatnio czytałam. Podano tam listę umiejętności, które powinna umieć samodzielna kobieta, dzięki czemu nie będzie zależna od nikogo, a przede wszystkim od mężczyzny.

Wymieniono tam między innymi umiejętność zmiany opony. Bardzo przydatne jeśli okaże się, że mąż zdradza cię z rudą z księgowości i od teraz wszędzie będziesz musiała jeździć sama. Może też być tak, że twój wybranek okaże się psypochatą i będziesz musiała uciekać przez cały kraj z dziećmi. Tylko, że ja nie umiem wymienić opony, przez co moje szanse ucieczki wypadają raczej marnie. Przynajmniej mam prawo jazdy, więc może uda mi się chociaż dojechać na posterunek policji. Co jednak z tymi kobietami, które nie potrafią jeździć samochodem? Albo z takimi, które potrafią zmienić oponę, ale nie jeżdżą i czy takiej istnieją? Jak ocenić ich samodzielność?

Z drugiej strony potrafię wynieść mysz czy pająka, a to był kolejny element , który określał życiowe ogarnięcie kobiety. Szkoda tylko, że nie napisano ile punktów za to zyskałam. Pamiętam jak jako nastolatka, którejś nocy w wannie znalazłam mysz. Udało mi się ją wynieść na szufelce do ogrodu nie budząc nikogo z domowników! Dobrze, że autorka nie pisała o szerszeniach i nietoperzach, bo do tych, to akurat boję się zbliżyć!

Kolejne punkty straciłam za brak umiejętności wiązania apaszki na trzy sposoby. Nie wiem, w jaki sposób ma ocenić to moją samodzielność? Może w razie napaści zdołam uciec do szafy i następnie udusić napastnika apaszką używając trzech, różnych sposobów wiązań. A jeśli ktoś zna tylko dwa? Albo nie ma apaszki w domu?

Największą wtopę zaliczyłam z kablami od samochodu. Autorka dopytuje się, czy potrafię odpalić w ten sposób auto. Sara, mistrzyni paranoi, od razu wyobraziła sobie hipotetyczną sytuację, w której musi uciekać przed gwałcicielem, więc włamuje się do pierwszego lepszego samochodu i próbuje go odpalić jak w amerykańskich filmach akcji. Opowiedziałam więc mężowi tę sytuację sugerując, że autorka chyba przesadza. No, serio, przecież jeżdżę Renault Espace – ten samochód nie ma nawet kluczyka tylko czytnik kart, a mechanik spędził cały dzień, żeby się dobrać do jakiś kabelków. Edwin spojrzał na mnie z politowaniem:

-Przecież, to nie o włamanie chodziło… – w tym momencie zaczęło mi coś świtać w głowie i przypomniałam sobie o rozładowanym akumulatorze. Chyba poważnie mam coś nie tak z psychiką, skoro moim pierwszym skojarzeniem było włamanie się do samochodu i ucieczka.

Przez chwilę zastanawiałam się, jak autorka oceniłaby mój brak umiejętności korzystania z otwieracza do puszek, aż w końcu zrobiłam to co zawsze: użyłam dużego noża kuchennego i tłuczka do mięsa (pozostałość z ery schabowej w naszym domu). Tak właściwie, w przypadku tej hipotetycznej napaści, chyba lepiej sprawdzi się nóż i tłuczek, niż otwieracz do puszek…Może sobie jednak w życiu poradzę?

PS. Felieton pochodził z książki Reginy Brett ‚Kochaj”. Trochę się tu z niego naśmiewam, ale w sumie jest to niegroźna książka pełna oczywistych prawd, które czasem potrzebujemy usłyszeć.

PS2. Mój szarpany chlebowiec nie wyszedł. Gorzej, był paskudny. Śmierdział niczym kocie wymiociny i musiałam się go szybko pozbyć, bo w całym domu cuchnęło. Tego dnia uznałam, że przynoszę dyshonor swojej rodzinie, weganom oraz mieszkańcom Tajlandii, z której pochodził mój chlebowiec.

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment authors
Renata Recent comment authors
  Otrzymuj powiadomienia o komentarzach w tym poście  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Renata
Renata

Szczerze! Usmialam się z tego co napisałaś ! Tata zresztą też!! Myślę że
powinnaś spróbować taki owoc jak „durian” to dopiero smród!!! Ha ha!

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest

Przejdź do paska narzędzi