Kiedyś chciałam się zabić, teraz jestem szczęśliwa.

Dzisiaj chciałabym się z wami podzielić czymś, o czym wie tylko kilka osób w moim życiu. Nie robię tego w poszukiwaniu taniej sensacji, nie czekam na współczucie czy rozgłos. Piszę, bo chcę dać nadzieję tym osobom, które zmagają się z depresją. Piszę, żeby niejako zamknąć ten rozdział w życiu, bo to właśnie w grudniu wybrałam się do psychiatry. Piszę, chociaż mój mąż boi się, że przypniecie mi łatkę tej wariatki od depresji i już żaden producent proszku do prania nie będzie chciał się reklamować na moim blogu, a przecież tylko po to blogerzy piszą, prawda?

Przez sporą część mojego życia zmagałam się z myślami samobójczymi. No wiem, że od razu uderzam z grubej rury, ale nie ma się co cackać z tematem. Nie wiem od kiedy dokładnie, ale wiem, że mając 13 lat już miałam ten problem – mam to wyraźnie zapisane w pamiętniku. Wtedy też przydarzyła mi się sytuacja, która sprawiła, że na długie lata zamknęłam się w sobie i nigdy nie pozwałam sobie na mówienie o moich uczuciach. Potrafiłam dokładnie zakopać pewne emocje w sobie, tak że z zewnątrz, dla innych, byłam bardzo porządną, serdeczną i szcześliwą osobą. Łudziłam się, że to taka nastolenia – emo faza, która przejdzie sama. Ot, takie tam „chcę się zabić” połączone z okazjonalnym samookaleczaniem. Przecież nie popełniłabym samobójstwa. Nie ja.

Wyszłam za mąż, urodziłam Maję, zaczęło się dorosłe życie. Wbrew moim nadziejom, te destrukcyjne myśli nie chciały się uciszyć. Przeciwnie, teraz to już fantazjowałam o śmierci i nieraz trzęsąc się i płacząc tylko w ten sposób potrafiłam się uspokoić. Wciąż jednak uważałam, że nic mi nie jest i że nigdy nie targnęłabym się na swoje życie.

Nie chcę się zdawać w przykre szczegóły. Za to wyraźnie pamiętam przełom. To było jesienią zeszłego roku. Reszta rodziny spała, ja szukałam sposobów na zawiązanie węzła na szyi. Zaczęłam pisać list pożegnalny do dziewczynek i właśnie to moje pisanie, to że wciąż chciałam być z nimi i tyle przekazać sprawiło, że zebrałam się w sobie i poszłam do psychiatry. Diagnoza? Depresja.

Nie będę wam tu pisała o mojej lekarce, o lekach, terapii czy o tym, co było przyczyną depresji. Nie mam kompetencji by wypowiadać się na ten temat i nie chcę sobie uzurpować prawa do mówienia komukolwiek, co może go wyleczyć. Zasada jest prosta: czujesz się źle – idziesz do specjalisty. Chcę jednak przejść do bardziej pozytywnego etapu w moim życiu, dlatego tylko krótko zaznaczę, że bardzo pomogło mi maksymalne wyeliminowanie tego, co było przyczyną mojego złego samopoczucia.

I tak jak w zeszłym roku miałam przełom i zdecydowałam się na leczenie, tak kilka tygodni temu pojawiło się kolejne objawienie. Oglądałam właśnie pewien serial, w którym główna bohaterka podejmuje próbę samobójczą. Temat mi tak bliski – jak ja doskonale rozumiałam uczucia postaci i jej motywacje. I jednocześnie ze zdziwieniem uświadomiłam sobie, że już od dawna nie myślałam o śmierci.

A bywało trudno w tym roku i stresująco. Czasem miałam wrażenie, że życie co rano wali mnie kijem od baseballa w brzuch, i to zanim wypiję pierwszą kawę. Bywałam więc zestresowana. Bywało, że się bałam, że byłam smutna lub zła. Jednak w tym wszystkim ani razu nie pomyślałam, że lepiej by było się zabić. Że mam już dość życia. Że życie mnie męczy. Zamiast tego zaciskałam pośladki i pięści i brałam się do roboty. I starałam się widzieć tę dobrą stronę życia, co najwyżej pozwalając sobie czasem na chlipanie pod prysznicem. I wiecie co? Dałam radę, a raczej daliśmy razem – całą rodziną.

Nie mam złudzeń. Nie sądzę, że będę miała życie usłane różami, sielankę i wieczne szczęście. Żartuję sobie do mojego taty, że jak tylko rozwiążę jedną sprawę, to dla odmiany pewnie przytrafią się nam jakieś choroby. Jednak w tej szarej codzienności i problemach, które dotykają każdego, mam wewnętrzny spokój i radość. Cieszę się z drobnych rzeczy, wyznaczam sobie nowe cele i poraz pierwszy w życiu nie boję się marzyć. Dla wielu osób to nic niezwykłego, ale ja wreszcię mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. I to szczęście przyszło do mnie niepozornie, bez szczerzenia zębów i głoszenia wszystkim jak to u mnie dobrze. Ale jeśli już musicie wiedzieć, to jest dobrze. Wreszcie.

 

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest