Byłam swoim największym hejterem.

Czy lubisz siebie? Proste pytanie, a jednak potrafi nieźle namieszać w głowie. Ja dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że przez większość swojego życia siebie nie lubiłam. Osobiście obsadziłam siebie w niepotrzebnej i niechcianej roli hejtera. Nikt nie potrafił mnie tak zdołować, zniechęcić i przygnębić jak ja sama. Jak to robiłam?

Imię. Dziwna sprawa, bo mam całkiem zwyczajne imię. Niezbyt popularne, ale też nie wyróżniająco się jakoś specjalnie. Od wielu osób słyszałam, że moje imię jest piękne. Że chcieliby tak nazwać swoją córkę. A jednak – nie znosiłam swojego imienia. Nie miałam pojęcia, jak mogłabym się nazywać inaczej. Nie miałam w głowie alternatywy. Nie chciałam być Kasią, Olą, Sylwią. Nie chciałam też być Sarą, bo po prostu jej – siebie nie lubiłam.

Zawsze miałam problem w wytrwaniu w dawanych sobie postanowieniach. Wystarczyło, że coś mi nie wyszło, że zostałam skrytykowana, że raz powinęła mi się noga i byłam gotowa rzucić wszystko. W jednej chwili ściągałam siebie w głęboki w dół. Nic nie potrafię. Jestem do niczego. Nikt mnie nie lubi i nie jestem nic warta. To był mój pacierz, moja codzienna mantra. Nie było takiej rzeczy, którą mógł mi napisać jakikolwiek hejter, a której bym o sobie wcześniej nie pomyślała.

Nawet jeśli przejawiałam jakieś talenty, to z łatwością z nich rezygnowałam. Właściwie tak powinni mi dać rodzice na drugie imię – Sara Rezygnacja. Weźmy taki angielski. Wiedziałam, że mam dryg do tego. Bez poświęcania czasu na naukę, dostawałam same piątki. Gdybym zaczęła się bardziej przykładać…Ale zaraz pojawił się mój wewnętrzny hejter. Po co się starać? Po co się wysilać? I tak jesteś do niczego.

I wiecie co? Myślę, że tego rodzaju myśli pojawiają się często u nastolatków. Kiedy jesteś w tym okropnym wieku, gdy nie wiesz kim chcesz być, a z twoim ciałem dzieją się dziwne rzeczy. Młody człowiek dopiero się uczy swojej drogi i próbuje się odnaleźć na tym świecie. Niestety, ja swojego miejsca nie znalazłam. Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci, a wciąż czułam się nic nie warta, do niczego i pełna poczucia winy. Mój wewnętrzny hejter niczym bezmyślni komentujący w social media zachęcał mnie do skończenia z tym wszystkim, do skończenia ze sobą.

Byłam już w bardzo złym stanie, gdy musiałam podjąć decyzję: albo poddam się albo zacznę od nowa. W mojej osobowości nie było już co ratować. Byłam jak dom, w którym zawaliły się fundamenty. Została tylko ładna elewacja. Przecież dla większości osób byłam szczęśliwa i nie miałam problemów…

Podjęłam radykalne kroki. Zaczęłam budować siebie na nowo. I teraz, po raz pierwszy w moim życiu, mogę powiedzieć, że lubię siebie. Mam prawie 26 lat, a dopiero od jakiś dwóch miesięcy mogę powiedzieć, że jest mi dobrze ze sobą, że akceptuję siebie.

Ten wpis jest pisany dość chaotycznie, w emocjach, ale wbrew pozorom ma on sens. Jest nim fakt, że często osoba, która na pierwszy rzut oka nie ma problemów, może w rzeczywistości być na skraju załamania. Może wręcz myśleć o samobójstwie*. Moja historia ma jednak swój happy end. Bo jest szansa, że po tylu latach gnojenia siebie, mam szansę na odrobinę szczęścia.

 

*Jestem świeżo po 13 reasons why na Netflix. Właściwie nie obejrzałam tego serialu w całości, nie byłam w stanie. Niestety wiem jak bardzo nieszczęśliwy może być młody człowiek i jak bardzo kuszącą wtedy myślą jest samobójstwo.

 

  • Ja bardzo długo nie znosiłam swojego imienia, a teraz mnie ani ziębi, ani grzeje i zastanawiam się, jak kiedyś mogłam poświęcać tyle uwagi tak błahej sprawie 😉

    • Teraz to się na to patrzy inaczej, ale kiedy siebie nie lubisz, to męczy cię to, co cię definiuje – twoje imię.

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest