Nie zarobię na blogu miliona monet

Zawsze lubiłam pisać. Pierwszy pamiętnik zaczęłam prowadzić w wieku ośmiu lat. Miałam do tego specjalny zeszyt w szkocką kratę z wypukłym, pluszowym misiem. Bardzo żałuję, że w jakimś nastoletnim porywie wrzuciłam ten mój pierwszy dziennik do pieca. Z czasem zeszyty zmieniały swój wygląd, a ja pisałam coraz więcej. Często nocami siadałam na parapecie w swoim pokoju i wylewałam swoje młodzieńcze żale i frustracje na kartki papieru. Przed ślubem pamiętnik został odstawiony – w ramach przygotowań do wesela odkryłam fajne forum i to tam właśnie zamieniłam swój literowy monolog na dialog.

Jakiś czas później jedna z użytkowniczek forum założyła bloga (pozdrowienia dla M.). Byłam wtedy w domu z roczną Mają i pomyślałam, że właściwie to czemu nie założyć swojego. I tak powstał na blogspocie mój pierwszy twór. Beznadziejny szablon, beznadziejna nazwa, wpisy tak kiepsko pisane, że wstyd byłoby je teraz komuś pokazać, a jednak! Moje miejsce w sieci, gdzie mogłam pisać i po raz pierwszy spotykać się z reakcją na moją pisaninę, która nie byłaby poprawkami od polonisty dotyczącymi rozprawki na temat młodego Wertera.

Kominek, Seo, Barter – czyli i ty możesz być królem blogosfery

To były czasy, gdy Kominek powoli wycofywał się z obleśnego pisania o seksie (pamiętacie?), a zaczął się kreować na guru blogosfery. On, a za nim reszta blogerów zaczęła nadmuchiwać bańkę. Mydlaną ułudę, według której wystarczyło zrobić x,y i z by móc rzucić pracę w korporacji i żyć z blogowania.

Nie powiem, kuszące to było. Zwłaszcza, że i tak byłam w domu, a finansowo były to dla nas bardzo trudne czasy. Byłam w takiej sytuacji, że nawet mały barter miał dla mnie ogromne znaczenie, bo oznaczało to, że nie będę musiała brać pieniędzy na te buty dla dziecka z konta. Ważne, bo niejednokrotnie rezygnowaliśmy z odwiedzin u moich rodziców, bo chcieliśmy zaoszczędzić na paliwie.

Trochę się dokształciłam w temacie. Byłam na kilku spotkaniach blogowych. Tych małych, kameralnych i tych wielkich. Sporo się nauczyłam. Nie powiem, że się nie przydało. Korzystam ze zdobytej wiedzy w pracy. Mój blog zyskał na jakości. Od czasu do czasu udawało mi się współpracować i zarabiać „na waciki”. Pomyślałam, że może to jest właśnie idealna praca dla mnie. Może już nie wrócę na „normalny” etat, tylko zrobię jak wiele innych blogerek – „rzucę korpo” i będę żyła z zarabiania na blogu. Taka to była piękna perspektywa.

Szklany sufit i rozczarowanie

I tak doszłam do pewnego poziomu i…zatrzymałam się. Dziewczyny, które zaczynały równo ze mną już dawno przeskoczyły mnie w wynikach. Blogerki, które debiutowały później również. Miałam wrażenie, że walę głową w sufit, bo mimo moich starań nie mogłam przeskoczyć pewnych liczb. Nie byłam zazdrosna o sukcesy blogowych koleżanek. Wiedziałam, że miejsca w blogosferze jest pod dostatkiem. A jednak, że moje zaangażowanie miało sens, potrzebne były wyniki – a tych mi brakowało.

Zaczęłam kombinować i miotać się, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wypromowałam i prowadziłam fanpage nawet siedmiokrotnie większe od mojego, ale swojego nie potrafiłam. Podeszłam parę razy do zrobienia grafik, spróbowałam kiedyś fejkowego tytułu (coś w stylu: „dla niego zdradziłam męża” – a potem na koniec artykułu dowiadujemy się, że w mieszkaniu pojawiło się nowa żelazko/odkurzacz/piekarnik). Wiedziałam, że wystarczy dobry biznesplan, fundusze na inwestycje w Facebook’a i pójdzie. Na pewno, bo tak rozbujałam już pewne rzeczy. Był tylko mały problem. Coś mi nie pozwalało robić tego ze swoim blogiem. Gdzieś tak w środku chciałam, żeby ludzie lubili Muffin Case ze względu na mnie, a nie dlatego, że im się trzysta razy dziennie wyświetlam i proszę o polubienie strony.

Frustracja rosła. Bo pewnych rzeczy robić nie chciałam, a moja depresyjna osobowość zaczęła mi wmawiać swoje racje. Że się do niczego nie nadaję. Że jak tylu osobom hulają staty, a mi nie, to jestem gorsza. Nikt mnie nie lubi i nie polubi. Że wszystko na marne. Trwałam tak rozdarta przez kilka miesięcy.

I co dalej?

I rosło mi to obrzydzenie do blogowania i do siebie samej w równym tempie jak wrzód na tyłku, aż poszłam do pracy i…wyzdrowiałam! Nagle okazało się, że nie mam czasu przeglądać co, kto napisał i co osiągnął (w domyśle: a ty nie, więc jesteś gorsza i się do niczego nie nadajesz #depresjazawszeciewesprze). Popołudniami byłam zbyt zmęczona, żeby pisać i wolałam je spędzać z dziewczynami niż przy komputerze. Dobrze mi ten odwyk zrobił. Dodatkowo pozbyłam się frustracji w związku z zarobkami. We wpisie o powrocie do pracy, pisałam, że było mi bardzo źle w związku z tym, że nie wspieram domowego budżetu. Teraz może moja praca nie jest taka fotogeniczna i inspirująca jak blogowanie, ale ma proste zasady: siedzę w biurze, wykonuję zadania, zadania przekładają się na pieniądze. Blogowanie zaś to bardzo niepewny kawałek chleba.

Przez kilka tygodni nosiłam się z myślą o zamknięciu bloga. Powstrzymywało mnie to, że codziennie miałam przynajmniej jeden pomysł na nowy wpis. A wiedziałam, że gdy przychodzi gorszy dzień to właśnie klawiatura i wasza reakcja jest właśnie najlepszym lekarstwem. Odpoczywałam sobie od bloga, od fejsa (za to na nowo polubiłam Instagram – w tej chwili śmiało mogłabym zrezygnować z innych social media, ale Insta bym zostawiła) i układałam w głowie nowy plan.

Pisać będę dalej, ale już bez spiny. Do tego wpisu podchodziłam przez tydzień. W pracy nie piszę, popołudniu zazwyczaj bawię się z dziewczynkami, a kiedy położymy je spać – często już nie mam ochoty bawić się w blogowanie. Coś tam jednak publikować będę – chociaż bez ścisłego harmonogramu. Ba, jak czasem jestem w tygodniu w domu, to nosi mnie i potem tak jest, że publikuję prawie codziennie.

Nie chcę skreślać blogowania ze swojego życia. Za bardzo to lubię. Postanowiłam jednak, że dla mnie Muffin Case wraca do szuflady z napisem „hobby”. Oczywiście, nie pogardzą jakąś fajną współpracą, jeśli się trafi 😉 Kto wie, może za jakiś czas stwierdzę, że jestem gotowa na zwiększenie obrotów i znów się bardziej zaangażuję. Teraz jednak buduję swoją osobowość na nowo i chcę to zrobić po mojemu. Promowanie się na siłę w aktualnym blogerskim trendzie oddam za darmo na OLX. Albo będziecie tu chcieli być, albo nie. Nic na siłę.

 

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest