Szpitalne uniwersum

Nie znam osoby, która czerpałaby przyjemność z pobytu w szpitalu. Często nawet zdarza się, że unikamy wizyt u lekarza i bagatelizujemy swoje zdrowie. Jednak gdy w grę wchodzi życie nienarodzonego jeszcze dziecka, kobieta jest w stanie wytrzymać. Nawet przeleży bite miesięcy w łóżko, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Co nie zmienia faktu, że raczej każda ciężarna ma nadzieję na szybki i prosty scenariusz: melduje się na izbie przyjęć z wyraźną akcją porodową, rodzi dziecko, szybko wychodzi do domu. Gdy pewnej niedzieli stawiłam się do szpitala ze skurczami co 4 minuty, a potem wszystko ustało, mogłam tylko myśleć – co zrobiłam źle?!?

Szpitalny klimat

Oczywiście, zostawili mnie na oddziale. Tak, mogłam się wypisać. Nie, nie chciałam ze względu na pewne problemy. Wpadłam, nie wiadomo na jak długo, w szpitalną czarną dziurę.

Pierwszą reakcją jest osłupienie pomieszane z rozczarowaniem. Wchodzisz na salę, a tam ze cztery inne kobiety, które znają się jak łyse konie. A przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Ty jesteś intruzem, więc siadasz na przydzielonym ci łóżku i nie wiesz, co ze sobą zrobić. Myślałam, że to tylko efekt mojej nieśmiałości, ale zaobserwowałam podobną reakcję u praktycznie każdej nowej pacjentki. Za to o poranku, albo po kilku godzinach, to uczucie wyobcowania mija i razem z innymi gadasz o wszystkim.

Dzień zaczyna się po piątej rano. Jedna z położnych celuje do ciebie termometrem i jeśli zlecono wcześniej mierzy ci ciśnienie lub pobiera krew. Za chwilę zaawansowane ciężarne są wołane na wagę i słuchanie tętna. Po takiej pobudce trudno zasnąć – szpital już się obudził.

Gdzieś do 8 rano trwamy w zawieszeniu. To jedna pójdzie się umyć, druga gdzieś dzwoni. Nawet nie rozmawiamy za bardzo. Czekamy w napięciu na obchód i mamy nadzieję, że to właśnie dziś nastąpi jakiś przełom. Przed obchodem trzeba jednak zaliczyć ktg – wszystkie jesteśmy rozczarowane, bo skurczy albo nie ma, albo są słabe.

Bedzie cos z tego, czy nie? #ktg #40tc #bedemama #instamatki #nudzesie

A post shared by Sara Kozub (@sara_muffincasein) on

Tuz przed obchodem rozdają śniadanie: twarda buła i kromka ciemnego pieczywa plus łyżka dżemu i kawałek masła. Z jedzeniem tej „uczty” trzeba się wstrzymać do obchodu. W końcu może to dziś zdecydują co z tobą i jednak nie będzie można jeść.

W trakcie obchodu albo pozwolą ci jeść, bo „nic się nie dzieje”, albo zawołają cię na badanie, po którym stwierdzą, że nic się nie dzieje. Ja na brak wywoływania porodu nie narzekałam, ale niektóre dziewczyny już miały dość.

A potem na sali włącza się telewizor. Z tych nudów powtórki seriali typu „Trudne sprawy” są jedyną rozrywką. Marną, bo marną, ale zawsze coś leci w tle. Poza tym ciężarne przeglądają magazyny, rozwiązują krzyżówki, gapią się w telefon, czasem czytają książki i przede wszystkim…gadają, nawet o wyjątkowo intymnych i fizjologicznych aspektach ciąży. Co z tego, że się znają zaledwie kilka godzin. Patologia ciąży łączy.

Czytam sobie. Na porodowce tlok, to ja sie dzis wstrzymam.

A post shared by Sara Kozub (@sara_muffincasein) on

W międzyczasie wydają obiad. Zazwyczaj po nim znacząco zwiększa się ilość odwiedzin więc co jakiś czas, któraś z sali wychodzi na korytarz. Najczęściej z mężem lub mamą. Czasem przychodzą też koleżanki. O 17 dają kolację i powtórka z rozrywki: temperatura, tętno płodu, ktg, obchód. Ten ostatni jest przeprowadzany na większym „luzie” niż poranny.

Danie dnia #obiad #szpital #ciaza – nadal

A post shared by Sara Kozub (@sara_muffincasein) on

Koło 20 więc zaczynają się długie godziny nudy. Ewentualnie ciężarne dostają ataku złości, bo właśnie przyjechała jakaś dziewczyna prosto do porodu. I zwyczajnie jej zazdroszczą, bo to szpitalne uniwersum zwyczajnie daje się we znaki. Trudno się pocieszać myślą, że w końcu na każdą przyjdzie kolej…

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest