Życie kobiety i matki w cieniu wojny. Dzienniki Astrid Lindgren.

Są takie książki, które czytamy tylko dla rozrywki. By niejako „odmóżdżyć się” po ciężkim dniu. Są też książki, których czytanie sprawia nam przyjemność, ale ich lektura wpływa na nasze późniejsze życie. Włączają się procesy myślowe, analizujemy i rozmyślamy. Takie właśnie są Dzienniki Astrid Lindgren.

Zapiski urzędniczki

Astrid Lindgren nie muszę wam przedstawiać. Nawet jeśli nie jesteście fanami jej twórczości, to na pewno kojarzycie stworzone przez nią postaci: Pippi Pończoszankę czy chociażby Dzieci z Bullerbyn. Zanim jednak Astrid osiągnęła sukces jako pisarka dla dzieci, była najzwyklejszą kobietą zajmującą się dwójką dzieci. I właśnie 1 września 1939 roku, obgadawszy poprzedniego dnia z koleżanką Hitlera, gdy jej dzieci bawiły się na zewnątrz, Astrid dowiedziała się, że wybuchła II Wojna Światowa.

Nie taki zwykły dziennik

Formułę dziennika powinniście znać, tak samo jak chociaż podstawowe fakty z historii powszechnej. Mówiąc inaczej: nie spodziewajcie się nagłych zwrotów akcji. Nie musicie się też obawiać opisów strasznego okrucieństwa. Szwecja technicznie pozostała neutralna, a ludziom żyjącym w tym kraju było w tamtych czasach lepiej niż reszcie ludzkości. Dlaczego więc warto przeczytać ten dziennik?

Przede wszystkim dlatego, że jest on pisany z perspektywy kobiety i matki. Chociaż Astrid śledzi gazety i interesuje się manewrami wojennymi, to jej dziennik jest przede wszystkim zapisem codziennych trosk i zmartwień.

Żyjąc w ułudzie spokojnego kraju, zdaje sobie sprawę, że następnego dnia Niemcy mogą napaść również na Szwecję. Każdą radosną chwilę pokrywa cień strachu przed grożącym niebezpieczeństwem. Dlatego tak łatwo utożsamić mi się z autorką, gdy czytam o zbrojnych konfliktach na świecie, patrzę na swoje córki i zastanawiam się, czy uda im się tego oszczędzić.

W Dzienniku znajdziemy więcej współczesnych odniesień. Przemyślenia dotyczące tego jak nienawiść spowiła świat i jak łatwo cała ludzkość dała się porwać śmiertelnemu tańcu. Dzisiejsze debaty dotyczące problemów nacjonalistycznych to echa tamtych czasów. Jednocześnie Astrid głęboko współczuje innym ludziom narażonym bezpośrednio na skutki wojny. I jest to piękny przykład próby zachowania bez stronniczości (nie ukrywajmy: autorka panicznie bała się rosyjskiej okupacji, nawet bardziej niż niemieckiej).

Czasem pisząc recenzję książki lub filmu skupiam się na technicznych szczegółach i tego, czy produkcja mi się podobała. W przypadku Dzienników to nie ma znaczenia. Ta książka to pozycja z serii „powinno się przeczytać”, by zmienić nastawienie, by przestać pisać negatywne komentarze w sieci, by nabrać szacunku do innych ludzi.

Astrid pozostawiła nam ważną spuściznę.

  • kurcze,.. doszłam do takiego etapu, że nawet lektury sobie sama nie wybiorę:) zawsze sugeruję się czyimś poleceniem. Tym razem też tak będzie, bo czasem mam ochotę przeczytać coś, co nie odmóżdża 😉

  • Nigdy nie zgłębiałam jej historii. Bardzo ciekawe. Koniecznie muszę przeczytać!

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest