Suwałki – miasto spokojnych duchów i kulinaria Suwalszczyzny.

Suwalszczyzna to taka spokojna kraina. Tam internetowe afery przestają mieć znaczenie, deadline’y klientów mogą poczekać, nikt i nic cię nie goni. Chyba, że w naturze już tak masz, że trudno ci wysiedzieć na tyłku. I tak po byczeniu się na trawie i czytanie kryminału (jednego, razem – Jo Nesbo zawsze mile widziany) stwierdziliśmy, że gdzieś by się pojechało.

Kierunek -> Suwałki

Nasze Dworczysko nad Hańczą jest oddalone o jakieś 30 km od Suwałk. W samochodzie, mimo włączonej klimatyzacji, gorąco. A podobno to najzimniejszy region Polski! Miejscowi potwierdzają – w jednej z rozmów padło takie zdanie: „lipiec to jedyny miesiąc, w którym nie ma ujemnych temperatur”. Cieszymy się więc słońcem i upałem. Nawet nie narzekamy za bardzo.

Parkujemy koło parku Konstytucji 3 Maja. Nie lubimy zwiedzać „na siłę”. Fajnie jest mieć plan, ale zamiast odhaczać wszystkie zabytki na liście, wolimy się zanurzyć w atmosferę miasta. I poszliśmy do parku. Po prostu.

Pięknie jest w tym parku. Trawa wciąż wiosennie zielona mimo tych upałów. Drzewa dają cień, a my mijamy dwa kościoły i ruszamy na poszukiwania toalety i jakiejś kawiarni z lodami, w tej kolejności właśnie.

Miasto ma 65 tysięcy mieszkańców, a nam wygląda na opuszczoną wioskę. Może to kwestia gorąca, ale praktycznie nikogo nie mijamy na ulicy. Nawet na Rynku mało kto się kręci. Miejscowi twierdzą, że Suwałki po 17 zamierają. Ma to pewien urok i może nawet byłabym w stanie tu mieszkać, ale stan dróg prowadzących do Piotrkowa, do rodziny, skutecznie chłodzi nasze zapędy. Jednocześnie Suwałki do miasto kontrastów: stare, zniszczone kamienice dzielą ulicę z nowymi osiedlami. Wszędzie jest czysto i jakoś tak…porządnie. Tu nawet chodniki myją.

Gastronomia piętą achillesową.

Ze swojego miasta rodzinnego i wizyt w większości starych miast Polski wyniosłam przeświadczenie, że najlepsze jedzenie daje się na Starym Mieście lub Rynku, jak zwał tak zwał. Suwałki posiadają Rynek – bardzo ładny i czysty, ale z knajpami już jest krucho. Głównie kawiarenki z lodami z automatu. W końcu postanawiamy wypić kawę w jednym z wystawionych stoisk – zapobiegawczo pytam, na czym robią frappe, bo 8 zł za miks Nescafe 3 w 1, to już przesada. Kawę dali nam dobrą, ale w plastikach. Jakoś tak nie bardzo, jak na miejską kawiarnię. I to właśnie kawy najbardziej mi brakowało na Suwalszczyźnie. Wiem, wiem – burżuazja, no ale co poradzić.

Skaczemy jeszcze chwilę (dosłownie!) po Rynku i wracamy do auta. Wracając trochę moczymy stopy w Jeziorze Hańcza. Zaliczamy też knajpę w Jeleniewie.

Pod Jelonkiem w Jeleniewie – tak czy nie?

Trochę głodni zatrzymaliśmy się w restauracji, która chlubi się, że serwuje regionalne potrawy. No, skoro tak, to idziemy! Młoda ma ochotę na słodkie. Zamawiamy jej naleśniki. Nie są złe, podebrałam jej kilka kęsów. Ja w tym gorącu nie mogę się oprzeć chłodnikowi. W zimnym zsiadłym mleku dryfuje ogórek, koperek, pomidor. Dobre to! Edwin decyduje się na rybę i ziemniaki z zsiadłym mlekiem, ja próbuję jeszcze babki ziemniaczanej. Wrażenia? Najedliśmy i nawet nam smakowało, ale że smakowało przeciętnie, a ceny były wyższe od przeciętnych, to tam nie wróciliśmy i raczej nie wrócimy. Bywa.

Przed naszym wyjazdem przyjaciele poprosili byśmy sprawdzili lokalne restauracje. Jednak po doświadczeniach w Jeleniewie i Suwałkach po prostu nam się odechciało. Zwłaszcza, że pod nosem mieliśmy rewelacyjną domową kuchnię. Nie nosiłam ze sobą aparatu na śniadania i kolacje, ale raz zrobiłam wyjątek. Rewelacyjna zupa grzybowa. Ryba, która smakuje rybą, a nie mrożoną papką i pyszne ciasto – pani Ewo, ja bardzo ładnie proszę o przepis na ten placek!

Fotka trochę nie wyszła, ale musicie wierzyć: najlepsze grzybowa jaką jadłam.
Fotka trochę nie wyszła, ale musicie wierzyć: najlepsze grzybowa jaką jadłam.

Śniadanie też były pyszne. Edwin szczególnie polubił biały twaróg – normalnie zanim nie przepada, a tu proszę. Odnośnie sera to przywieźliśmy ze wsi Okliny chyba ze trzy kilo domowych wyrobów o różnych smakach – niezła alternatywa dla oscypka.

Żałuję tylko, że nie mieliśmy okazji spróbować litewskich smaków. Do Wilna czy Kowna było nam za daleko, ale pobliskie miejscowości tak jak Suwałki: cisza i brak ludzi, tylko wygląd w o wiele gorszym stanie. Może następnym razem?

Podobało się? To polub stronę na fejsbuczku!

  • Nigdy nie byłam w tych okolicach, może czas nadrobić? 😉

  • W Augustowie za to omijam szerokim łukiem restaurację Grek Zorba po kulinarnych rewolucjach Magdy G….. Jakos pani G. im nie pomogła. Oczekiwanie na potrawę kosmiczne długie….. Zanim dostałam -zapomniałam, że jestem głodna. A jak już dostałam to okazało się, że nie to co zamawiałam. Tak było trzy lata temu…..ale zbytnio się zniechęciłam, żeby dać im drugą szansę. Za to polecam bar u Jędrka….wystrój w środku pamięta na pewno bardzo stare czasy, ale na pewno zjesz dobrze, dużo i tanio.

    • A mieliśmy tam wejść do tego Grek Zorby. Po drodze jednak stwierdziliśmy, że nie jesteśmy tak głodni i jedliśmy dopiero w Łomży. Chyba dobrze wyszło.

Navigate

Czy możesz zanim opuścisz tę stronę zapisać się do naszego newslettera?

To nic nie kosztuje a pierwszy będziesz otrzymywał informacje o nowych wpisach i recenzjach!

You have Successfully Subscribed!

Pin It on Pinterest